sobota, 22 lutego 2014

Chwileczka

           Pogoda w sobotę nie nastraja, póki co,do spacerów. Zimno, mokro - brrr,ale w końcu taki mamy klimat, no nie? :-) W weekendy Łucja może chodzić w piżamie do południa, rodzinne śniadania przeciągają się w nieskończoność - uwielbiamy być tak blisko siebie, zwłaszcza, że cały tydzień to gonitwa i dopiero wieczorami  mamy okazję, żeby porozmawiać w spokoju. W soboty budzę się jeszcze zgodnie z budzikiem ustawionym od poniedziałku do piątku  na 6.00 - chyba mój organizm z rozpędu tak musi...I to jest właśnie ta godzina tylko dla mnieeeeeeee. Nadrabiam zaległości z prasy, delektuje się kawą w ulubionym kubku, a w tle gra moja ukochana Trójeczka z pierwszokomunijnego radia mojego męża:-) Ten oldschoolowy magnetofon ma w sobie to coś. Przeżył nawet imprezy studenckie w akademiku. A teraz córka ogląda go jak muzealny eksponat. Mąż znalazł na strychu swojego rodzinnego domu jakąś kasetę i zrobił Łucji krótki wykład na temat nośników nagrań ;-)
Okładka Angory, jak zwykle, okraszona jest  "maziakami" wykonanymi przez Łucuśkę- jest szybsza ode mnie - zawsze musi ją dodatkowo ozdobić.




zuza

sobota, 15 lutego 2014

Życie, życie


Połowa lutego za pasem, śniegu jak nie było tak nie ma-przynajmniej na naszym osiedlu. Dziś posprzątałam resztki świątecznych ozdób – świeczki z mikołajkowymi motywami, aniołki na parapetach, zmieniłam poszewki z reniferami na poduchach na kanapie…Wiem, wiem - długo zbierałam się do tego, ale uwielbiam ten niepowtarzalny klimat. Zbierając ostatnie symbole świąt w moim mieszkaniu i przy okazji ogarniając pokój mojej córy natknęłam się na kilka choinkowych prezentów. Tak to bywa, że większość z nich jest atrakcyjna w dniu wręczenia a potem kończą żywot zapomniane w koszu z zabawkami. Tym razem M. Święty strzelił w dziesiątkę ;-)

Chyba nikomu nie muszę zachwalać tego pouczającego i niezwykle pomysłowego serialu. To klasyk, który pamiętam z czasów mojego dzieciństwa. W zabawny sposób wyjaśnia funkcjonowanie ludzkiego organizmu i wszystkich jego układów . Francuską produkcję z końcówki lat 80.można zakupić, oczywiście, w sieci.
Oprócz płyty w „zestawie prezentowym” znalazła się jeszcze gra edukacyjna „Pojedynek mistrzów”-stworzona na postawie „Było sobie życie”. 

Ciekawa propozycja dla całej rodziny na długie zimowe wieczory.
Łucja jest zachwycona- a prezent nadal używany 



zuza 

piątek, 14 lutego 2014

Słodkie Walentynki


Nie wiem jak Wy, ale ja lubię to święto :) Mimo, że powinniśmy się zapewniać o naszej miłości na co dzień, mimo, że te wszystkie pluszowe serduszka i przytulanki z napisami "I love you" są trochę kiczowate. I tak je lubię :)

W tym roku kompletnie nie miałam pomysłu, co mogłabym podarować mojemu lubemu z tej okazji, podobnie moja siostra. Aż wspólnie postanowiłyśmy, że co jak co, ale u mężczyzn droga do serca prowadzi przez żołądek :) więc pójdziemy w stronę prezentu jadalnego.


Zrobiłyśmy coś bardzo łatwego, a zarazem smacznego - amoniaczki

Przepis jest bardzo prosty i szybki. Musimy przygotować:
- 0,5 kg mąki
- 2 jaja
- 150 g cukru
- 100 g miękkiej margaryny
- pół szklanki ciepłego mleka
- 2 łyżeczki amoniaku
- cukier waniliowy

Margarynę ucieramy z cukrem. W oddzielnej misce mieszamy mleko z amoniakiem. Potem łączymy margarynę z mlekiem oraz pozostałymi składnikami. Zarabiamy ciasto i wkładamy je na ok. 1 godz do lodówki. Po tym czasie ciasto wyciągamy i wałkujemy dość cienko, bo potem nam jeszcze wyrośnie w piekarniku. Z ciasta wykrawamy dowolne kształty i układamy je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Następnie pieczemy je ok. 10-15 min w nagrzanym do 200 stopni piekarniku. Ciasteczka pieczemy na złoto.

Ok, przepis prosty, taki akurat na nasze umiejętności. Trudniej było z wykrawaniem kształtów, bo koniecznie chciałyśmy serduszka, a nie miałyśmy foremki. Dlatego wykrawałyśmy je nożem. Różnie to było, ale najważniejsze, że wykonane z sercem. Do przygotowań włączyły się też moje dzieci, które tworzyły swoje kompozycje, a przy okazji podskubywały ciasto. 

Gotowe ciasteczka przyozdobiłyśmy lukrem. Kilka na biało, a reszta miała być czerwona. W tym celu kupiłyśmy czerwony barwnik spożywczy. Niestety lukier uparcie robił się tylko coraz bardziej różowy, a nie czerwony. 

Przepis na lukier:
- 1 białko
- sok z cytryny
- cukier puder

Cukru pudru dodajemy do momentu, aż masa osiągnie oczekiwaną przez na konsystencję. 
Lukrowanie było najbardziej czasochłonne. Miałyśmy zapędy na stworzenie różnych napisów na ciastkach, ale za samo pieczenie zabrałyśmy się dość późno więc po prostu brakło nam czasu. Obiecujemy, że w przyszłym roku postaramy się bardziej i powstaną tak piękne i słodkie ciasteczka, że nikomu nie damy ich zjeść ! :)))




Z podanego przepisu wychodzi bardzo dużo ciastek. Wszyscy najedliśmy się do syta (zniknęły już wszystkie, zbyt smakowicie wyglądały), a kilkadziesiąt mój syn wziął do szkoły dla swojej klasy, jako walentynkowa przekąska. Ok, kilka zachomikowałam w super tajnym miejscu, żeby dotrwały do powrotu mojego męża z pracy. Ciekawa jestem jak mój kochany łasuch zareaguje na te walentynkowe serducha :)

Asia

czwartek, 13 lutego 2014

Naturalnie piękna - napój drożdżowy


   Dzisiaj zacznę od NAPOJU DROŻDŻOWEGO, bo akurat zaczęłam kurację z jego udziałem. To żadna nowość, ale ja natknęłam się na wzmiankę o nim stosunkowo niedawno i od razu wiedziałam, że będę go pić :) a to dlatego, że jest mega prosty w przygotowaniu, daje super rezultaty, a koszty terapii są bardzo niskie.

   Drożdże mają szereg witamin z grupy B, sporo białka (podobno tyle co schabowy), a także mikroelementy: fosfor, cynk, magnez, żelazo, chrom.

Są wspaniałym suplementem diety, ponieważ mają zbawienny wpływ na:
- włosy - są mocniejsze, nie łamią się, nie wypadają, a do tego o wiele szybciej rosną, nawet do 4 cm/mc
- paznokcie - też stają się mocniejsze i nie łamią się
- cerę - drożdże pomagają ją oczyścić, a tym samym eliminować pojawianie się wyprysków i wągrów. Dotyczy to nie tylko twarzy, ale też dekoltu i pleców
- przyśpieszają gojenie - picie pomaga w leczeniu, a nawet zapobieganiu zajadów, a maseczki z drożdży szybciej leczą ranki po wypryskach i blizny
- są pomocne w odchudzaniu - zawierają chrom, który reguluje poziom cukru we krwi, do tego zapychają żołądek, sprawiając uczucie sytości. Napój ma ok. 70 kcal więc nie zaszkodzi w żadnej diecie




Do przygotowania napoju potrzebujemy:
- drożdże
- gorąca wodę lub mleko

   Chwilę przed przygotowaniem napoju wyciągamy drożdże z lodówki, żeby "złapały" temperaturę. Podobno najlepiej rozpuszczają się "Drożdże Babuni", ja niestety znalazłam tylko "Drożdże Domowe", ale one też są OK. Kostka kosztuje 1 zł. Do szklanki lub kubka wkładamy drożdże (na początek może to być nawet mały kawałek, żeby powoli przyzwyczaić się do specyficznego smaku), potem zalewamy je GORĄCĄ wodą lub mlekiem, tak, żeby drożdże zabić. Po wymieszaniu odstawiamy napój na 20-30 min. 
Jeśli wydaje nam się, że wszystko zrobiliśmy jak należy, a napój bąbelkuje, puchnie i kwaśno smakuje to oznacza, że nie zabiliśmy drożdży i pozostaje nam tylko jego wylanie. Wypicie takiego napoju grozi tym, że drożdże zaczną nam fermentować w brzuchu, powodując wzdęcia, bekanie, bóle brzucha, a nawet biegunki. Co najgorsze takie fermentujące drożdże pochłaniają wit. B z naszego organizmu, a przecież to na nich nam zależy.  
Z czasem zwiększamy ilość drożdży, aż dojdziemy do 1/2 kostki. Napój pijemy raz dziennie przez okres 3 miesięcy, potem robimy przerwę na 1 miesiąc po czym znów możemy wrócić do kuracji. Po ok. 1-2 tygodniach może nastąpić nagły wysyp krostek (organizm się oczyszcza), ale jeśli nie zacznie mijać to niestety kurację musimy przerwać.



   Jak już wspomniałam smak napoju jest specyficzny, dlatego już po jego przygotowaniu i odstaniu można dodać "ulepszaczy", np. kakao czy miód. Chociaż mi najbardziej smakują drożdże z samym mlekiem. Można też zalać tylko pół szklanki, żeby skrócić męczarnie;)

Odezwę się w sprawie kuracji po miesiącu, zobaczymy czy działa :)

Asia

środa, 12 lutego 2014

Naturalnie


   Już od kilku lat panuje bum na EKO. Na bycie eko, na żywność eko... ale to nie tylko moda, to powrót do naszych korzeni i do natury. Z biegiem czasu zmieniało się moje podejście do tej sprawy. Nie jestem maniaczką, która biega po sklepach i kupuje tylko żywność z napisem EKO, ale za to staram się kupować warzywa i owoce od lokalnych rolników. Tak samo jaja, mleko, wędliny, sery.. Kupując bezpośrednio w gospodarstwach lub na tzw. "zielonych rynkach" można sporo zaoszczędzić, a żywność mimo, że bez naklejki "EKO", jest o niebo lepsza i smaczniejsza. Jajka bardziej żółte, mleko bielsze, a wędliny bardziej "mięsne" :)

   Podobnie zaczynam wprowadzać naturalne składniki jako leki i kosmetyki w moim domu. Bez polepszaczy, konserwantów, parabenów i innych dziwnie brzmiących koszmarków.
   Właśnie o tym przygotuję kilka postów, abyście mogli przekonać się, że takie specyfiki są łatwe do przygotowania, ale za to o wiele bezpieczniejsze i zdrowsze - a efekty ich stosowania przerosną Wasze oczekiwania.

Asia

sobota, 8 lutego 2014

Co tutaj mamy



     Tutaj Mamy nasze rodziny, domy, znajomych, przyjaciół – tutaj jest nasz świat. Chcemy Wam o nim opowiedzieć, czasem coś podpowiedzieć. Chcemy się dzielić naszymi radościami, ale też troskami – to miejsce, w którym opisujemy naszą codzienność.  Tutaj Mamy to nasz wspólny projekt - jesteśmy matkami, żonami, ale także przyjaciółkami. Odkąd zeszły się nasze drogi, wspieramy się i wspólnie doświadczamy magii życia, szukając recepty na szczęśliwy i pełny uśmiechu naszych dzieci świat.