środa, 18 lutego 2015

Przypadki



Pamiętam swoje rozterki podczas wyboru kierunku studiów. „Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednej godziny w swoim życiu”.  Tylko, gdy miałam siedemnaście lat tyle tematów mnie interesowało, w tylu sprawach chciałam pogłębiać swoją wiedzę.
       Zdecydowałam się na studia, które wtedy tak mi się zdawało zagwarantują mi godną pracę, płacę i możliwość awansów. W końcu tak się poukładało, że w tym zawodzie nie pracuję. Rozmawiam z moim pokoleniem – 30. i 40. - latków i przekonuję się, że mało kto jest zadowolony z tego w jakie miejsce rzuciły go życiowe przypadki i zbiegi okoliczności. Zauważam taką tendencję: jak dobrze się układa w życiu to zasługa jest w tym moja, a jak coś idzie nie po mojej myśli to winny jest przypadek, inni ludzie, złośliwość losu.
A trzeba było uczyć się na mechanika. Ze ściany mojego garażu uśmiechałaby się do mnie roznegliżowana pannica (zawsze w warsztatach takie są), a ja umorusana po łokcie liczyłabym pieniądze. A trzeba było za granicę jechać i tam zostać menadżerem restauracji (tak, tak - mam kilku znajomych, którzy opowiadali jak to ze  słabą  znajomością  angielskiego  i po dwóch dniach pobytu nie lądowali przy zmywaku tylko zarządzali salą…). A trzeba było zostać stomatologiem, ginekologiem,  bla, bla, bla… Wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma.
Jestem w miejscu, w którym powinnam być. Wszystko co mnie w życiu spotkało – sytuacje, ludzie, związane z nimi emocje – to wszystko, w jakiś niemierzalny sposób mnie ukształtowało i nadało kierunek mojemu istnieniu. Przestaję wierzyć w przypadki. Jestem bardziej świadoma niż wtedy gdy byłam nastolatką postawioną przed trudnym wyborem dotyczącym swojej przyszłości. 
Dziś już wiem, że moje spełnienie nie zależy do końca od tego co się dzieje wokół mnie a od tego co mam w sercu  i od tego czy mam wystarczająco otwarty umysł na pielęgnowanie swoich pasji, na zauważanie wokół siebie piękna. Takie podejście nie jest dla mnie łatwe, bo mam gdzieś pod skórą zaszyte malkontenctwo. Taki dziwny opór przed chwaleniem dnia, siebie i bliskich. Bo mogłoby być lepiej. Jasne, że mogłoby być. Tylko kiedy dla mnie jest to „lepiej”? Czy osiągając kolejne cele, które sobie wyznaczam zaspokaja mnie to czy raczej apetyt rośnie w miarę jedzenia i sięgam po więcej i więcej? 
Zagnieżdża się we mnie przeświadczenie, że to co mam teraz jest dla mnie wystarczające. Minimalizm? Nie, absolutnie. Raczej zgoda. Co mam dzięki temu? To na czym zależy mi najbardziej. Ulga i spokój.   








zuza

14 komentarzy :

  1. Wspaniale, że odnalazłaś ten stan spokoju duszy i umysłu, że tak to metaforycznie ujmę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie napisane... Zgadzam się z tym zdecydowanie. Człowiek to taka istota, która ile by nie miała, ile by nie widziała... zawsze będzie chcieć więcej i więcej... Od momentu kiedy urodziłam moje maleństwo powiedziałam sobie STOP narzekaniu... Halo! Przecież mam wszystko - MAM RODZINĘ! Cudowną rodzinę, mam dla kogo żyć, uśmiechać się... nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba!
    Pozdrawiamy Was ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  3. zgadzam się z Tobą, gonimy za szczęściem, a często nie dostrzegamy tego co jest wokół nas, zawsze myślimy - bedzie lepiej. I dobrze napisałaś, może już teraz jest to lepiej ? Ja jestem optymistą, cieszę się z drobnostek, z każdego dnia. Ale wir dnia codziennego często nas przytłacza, taki pęd za lepszym jutrem...
    Ja w końcu po wielu latach dojrzałam do myśli, że czas na zmiany i powolutku będę to realizowac. Bo tylko ja i tylko ja jestem odpowiedzialna za swojego jestestwo :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się w pełni i podpisuję właściwie rękami i nogami :-)))
    Macie bardzo sympatyczne buzie :--)))))
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. To Dom Zdrojowy w Iwoniczu Zdroju. Budynek pochodzi z XIXw. i rzeczywiście jest wspaniały.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się z Tobą najważniejsze co mamy w sercu. Kiedyś pędziłam i goniłam teraz się zatrzymałam i jest mi dobrze.
    Fajne dziewczyny jesteście :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo dobrze napisane. Ludzie nawet często nie wiedzą, że są szczęśliwi :), bo tego brak, bo nasze marzenia się nie spełniają... Gdy się coś nie udaje, bądź nie dostajemy wszystkiego od razu na "tacy", nie należy zwalać winy na innych, trzeba spojrzeć na siebie - co my możemy w sobie poprawić jeżeli tak nam na tym zależy i iść do przodu (dobrze byłoby nauczyć się czegoś na własnych błędach). I to święta prawda - jesteśmy kowalami własnego losu a szczęście zależy od tego co przez to rozumiemy i jak na to spojrzymy :).

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzięki za piękne słowa! *Zuzka

    OdpowiedzUsuń
  9. Moje życie należy do udanych, a jednak większość zawdzięczam przypadkowi, losowi,opaczności, czy jak to inaczej nazwać, a nie sobie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pięknie napisane! A w życiu najlepiej robić swoje i nie oglądać się, jak to inni mają "lepiej". I żyć w zgodzie ze samym sobą. Ja nie wierzę w przypadki i żyję zgodnie z "jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz". Pozdrawiam, Agata.

    OdpowiedzUsuń